Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 kwietnia 2013

07. Jak linoskoczek [Marta]

Kilka słów należałoby poświęcić samej czynności "wywiadowania" (bo moja praktyka niekoniecznie zasługuje na dumne miano prowadzenia wywiadu), która prawie nigdy nie przebiega tak, jakby człowiek mógł się spodziewać i tak, jakby mógł sobie życzyć. A dlaczego by miała, jakby się tak zastanowić? To, że my się nie zmieniamy, to nic nie znaczy; jesteśmy w kolejnych sytuacjach wywiadu jedyną stałą pośród zmiennych i w tym momencie to my nie pasujemy. I to w naszym interesie leży, żeby wypracować w sobie zdolność przystosowywania się. Interaktywność wymusza zmienność, ruch, wymusza od antropologa nabycie umiejętności  linoskoczka, błyskawicznie odzyskującego równowagę po każdym bujnięciu się liny. Nikt nas tego nie nauczy, bo jak? Musimy nauczyć się sami, próbując i spadając. Inaczej nie będziemy w stanie wykonywać tej pracy dobrze.
Dubicze są przez swoją wielokulturowość jeszcze większym wyzwaniem, bo jakby zakres wariacji jest kilkakrotnie większy niż na terenach, z których ja, na przykład, pochodzę. Czasem znajdujemy się w sytuacji, w której w życiu byśmy się nie postawili, jak choćby wywiad ze starszą panią, niesamowicie miłą, przyjazną i wesołą, która mówi wyłącznie po "tutejszemu", z którą tak bardzo chciałoby się zbliżyć, ale jest to niesamowicie trudne. Nie pojmujesz kontekstu, nie mówiąc już o języku, z którego wyławia się ogólny sens, lecz nie pojedyncze słowa. I to nie jest problem jej, tylko mój, bo to ja chcę się porozumieć z nią, żeby czegoś konkretnego się dowiedzieć. To ja muszę się dostosować. Muszę wskoczyć na linę i wyczuć równowagę. I mieć nadzieję, że nie spadnę. 


poniedziałek, 8 kwietnia 2013

06. Informator - rzadki ptak [Marta, Basia, Ada]

[Marta] Zdobycie informatora jest kwestią fundamentalną - to oczywiste, że bez niego i jego zgody na rozmowę nie będziemy w stanie przeprowadzić wywiadu. Ale jest też kwestią, przynajmniej w moim odczuciu, najtrudniejszą. Podejrzewam, że w grę wchodzi tu między innymi wpojone dobre wychowanie, którego jedną ze sztandarowych zasad jest - nie wchodź z butami w czyjąś prywatność. Bardzo trudno jest zawiesić to przekonanie na tak krótki okres, jakim jest wyjazd na badania. Według tych wartości należałoby najpierw poznać ludzi na kanwie towarzyskiej, gdzieś we wspólnej przestrzeni, a dopiero potem prosić o zostanie informatorem i wywiad, który wyciąga wszak sprawy intymne. Jest o jednak zupełnie niemożliwe, głównie ze względu na krótki okres, w którym tu przebywamy i ilość materiału, jaką powinniśmy w tym czasie zdobyć. Nie pozostaje nic innego, jak przemóc się i zacząć zagadywać ich tak - znikąd. Przypadkowe osoby poznane na ulicy. Przez płot. Czy wreszcie - pukać do drzwi domów w nadziei, że ktoś cię przyjmie. I zaskakujące jest to, że faktycznie przyjmują. Nasze wyobrażenia, ukształtowane w innych realiach i służące regulacji współżycia codziennego, okazują się, co już w pewnym momencie nie dziwi, zupełnie nie przystające. Więc bez żalu można się z nimi rozstać, bo strach przez zachowaniem się nie tak jak wypada zupełnie traci rację bytu. Nabywamy umiejętność swobodnego przemieszczania się między konwencjami i uświadamiamy sobie, że to... niekoniecznie boli.


[Basia] Dubicze to z pewnością wieś wyjątkowa. Gdy człowiek spaceruje ulicą, odczuwa specyficzny rodzaj nostalgii. Ma wrażenie, że coś z pewnością się tutaj kończy i nie do końca wiadomo, czy w to miejsce narodzi się coś nowego. Bo prawda jest taka, że ta wieś umiera i najprawdopodobniej nie uda się nikomu jej ożywić.
Po ulicach wolnym krokiem suną babcie w chustach na głowie. Idą po mleko do sąsiadki, nie płacąc pieniądzem tylko kurzymi jajkami. Starsi panowie uśmiechają się szczerymi, złotymi czy też srebrnymi uśmiechami. Nawet jeśli kogoś nie znasz i tak odpowie na „dzień dobry” nie mierząc cię przy tym podejrzliwym spojrzeniem. Podoba mi się tu, mimo tego, że nie przyjechałam tutaj na wakacje.
Zdaję sobie sprawę z tego, że Dubicze mają też drugą stronę medalu. Są drzwi, które się nigdy przed tobą nie otworzą, mimo tego, że przed chwilą w oknie widziałeś czyjąś twarz. Są osoby, z którymi się nigdy nie dogadasz, bo nie mówisz po ichniejszemu. Znajdą się też tacy, którzy po godzinie rozmowy 'przekonają cię', że za komuny było lepiej, albo sprawią, że zmienisz swoje wyznanie na takie, o którym jeszcze tydzień temu nie miałeś zielonego pojęcia. Albo po prostu spotka się takich, którzy nic nie wiedzą i nic nie pamiętają. Ale nieważne ile klamek pocałuję, ile razy speszona powiem ,,ni ponimaju” to i tak nie zmienię zdania, że trafiłam do miejsca wyjątkowego, w którym różnorodność komponuje się w wyjątkową całość, która oczywiście niekoniecznie każdemu może przypaść do gustu.


[Ada]
Mieszkam w niedużym bloku. Cztery piętra, cztery klatki. Ilu to może być sąsiadów? W sumie, jak kiedyś liczyłam, tyle, co w małej wsi. Z nich wszystkich znam jedną rodzinę. I chyba tylko do dwojga drzwi zapukałabym z drobną prośbą, jak pożyczenie przysłowiowego cukru. A tu? Mieszkam (mieszkam?) w Dubiczach ileś razy krócej, język łączy mnie właściwie tylko z pewną grupą tutejszych. A jednak całymi dniami chodzę od drzwi do drzwi, „wbijam” niezapowiedzianie na obiadki do kogoś, kogo widzę pierwszy-drugi raz... Co mi się stało? Gdzie podziała się ta zamknięta w bąbelku bliskich znajomości dziewczyna z miasta? Nie wiem. Może zastąpiła ją badaczka, zdeterminowana, by zdobyć wywiady, i to ciekawe? Może to jakaś zbiorowa histeria, której ulegają tu (w naszym domku) prawie wszyscy? Może nieśmiałość, rezerwa przechodziły po trochu, równolegle z nauką jak się tu przychodzi w gości?
Najpierw najtrudniejszy krok – pierwsze dwa domy. Z jednej strony – nikt jeszcze o nas nie wie, my o nich też, z drugiej – dla odwagi Paulina i Basia, przed którymi „trzeba” przecież grać chojraka i które są wsparciem. Stamtąd – do poleconych, podobno rozmownych czy ciekawych ludzi. Do których pukam sto razy. Może nie, może tylko trzy. Ale bez skutku. Co się okazało? Znajoma (ha-ha, mam tu już znajomych!) mówi, że się nie puka, się wchodzi! Co oni? Nie zamykają się? Fakt! Nie ma dzwonków! Klucze bywają NA ZEWNĄTRZ drzwi! Olśnienie! Ok, no to gdzieś już się umawiam. Ale lista nazwisk ma swój koniec. I co teraz? Na pocieszenie idę do cerkwi... i, jak już pisałam, „łapię” jedną z miłych pań na litość (żartujemy potem, że najlepiej byłoby więc rozpłakać na ulicy – wtedy można obudzić opiekuńcze uczucia w każdym;) ). Zagadanie do obcej, sporo starszej ode mnie osoby to jakiś moment przełomowy. Następny – kiedy, równie sfrustrowana, idę przez wieś i pukam do każdych drzwi po kolei.
Więc czy mam jakiś sposób na znajdowanie informatorów? Nie. I nie zależy mi specjalnie na jakichś ich cechach. To działa chyba tak, że faktycznie bardzo mi się podobają – i wieś i rozmowy z jej mieszkańcami. Pewnie widać, że uważam taki wywiad za coś fajnego. A reszta – to technikalia. Mało siedzieć w domu – łazić byle gdzie, bo przecież w dowolnym miejscu wsi szansa na spotkanie Dubiczanina jest nieskończenie większa niż u nas w domku. Mówić wszystkim „dzień dobry”, zagadywać, być szczerą („ale ma pani ładny dom, tak się zastanawiałam, kto tu mieszka”, ale tylko raz, przy mojej ulubionej chacie). Wiedzieć, że większość mieszkań ma dwoje drzwi, i próbować u obu, a najlepiej – tam, gdzie wydeptane. I się nie zrażać. Mam nadzieję, że ta taktyka będzie dalej skuteczna – bo jak na razie nie narzekam, każda moja rozmowa tutaj była wyjątkowa i warta wysiłku włożonego w jej zaaranżowanie.

niedziela, 7 kwietnia 2013

05. Relacji z terenówek ciąg dalszy [wszyscy]


[Mateusz] Dubicze zmieniają się im dalej idziesz w wieś. Z drogi idącej z południa na północ, z Czeremchy do Hajnówki skręcasz w lewo, w ulicę Główną. Cichnie szum samochodów, im bardziej na zachód, na Tofiłowce, Orlę, aż do Bielska. Im dalej w tą stronę tym więcej ludzi, domów, w końcu Urząd Gminy, sklepy. A potem cerkiew. Jest niedziela, a my mamy za zadanie udać się na nabożeństwo. Mi się nie udało - zapach kadzidła i tłum w cerkwi wygonił na drogi, na łazęgowanie po obrzeżach Dubicz, a w końcu z powrotem na szosę południe-północ i do stacji benzynowej. 
Tu dzieje się inaczej. Otwarte bez przerwy, bez względu na święta, w rytmie sunących przez wioskę samochodów i ciężarówek. Jestem tutaj już któryś raz, by po drobnych zakupach wyruszyć w pieszą wędrówkę na wschód do pobliskiej wsi, do Werstoka zaraz przy białoruskiej granicy. Rozmowy zatrzymują mnie tam na dłużej, więc wracam siedem kilometrów pieszo poboczem w nocy, lasem i w zupełnej ciszy. Po ponadgodzinnej wędrówce witają mnie światła na stacji. 
Wchodzę. Niedziela wieczór, więc dziesięciu facetów siedzi z piwem przed wielkim telewizorem. „Zobacz - Kasia Wilk będzie śpiewać”. Wszystkie twarze skierowane są na ekran, panowie zahipnotyzowani nie odwracają głów kiedy wychodzę, by wrócić do domu uskakując w nocy przed samochodami pędzącymi przez Dubicze. Mijam groźny posterunek straży granicznej i zanim dociera do mnie myśl, że za chwilę dołączę do wesołej studenckiej ekipy z Poznania, coś zaczynam rozumieć w tym zimnie i ciemności. Kasia Wilk robi się bardzo fascynująca.

[Basia] Dzisiejszy dzień był swego rodzaju urozmaiceniem – trzeba było wstać wcześniej, by zdążyć na 8.30 do cerkwi. Przechodząc przez wielkie, drewniane drzwi, człowiekowi zdaje się, że przenosi się do innego świata – takiego małego nieba. Sufit jest niebieski, fruwają po nim aniołki a w tle słychać wysoki rosyjski śpiew. W środku pomieszczenia mężczyźni stoją po prawej stronie, zaś kobiety po lewej, chociaż ja i Kasia okazałyśmy się na tyle męskie, że część mszy spędziłyśmy razem z modlącymi się panami :) Nie dotrwałyśmy jednak do końca, gdyż spieszyłyśmy się na kolejną mszę  - tym razem w kościele baptystów. Spędziliśmy ją „śpiewając” rosyjskie i polskie pieśni oraz słuchając interpretacji wybranych fragmentów Biblii. Po dwugodzinnym spotkaniu każda z nas rozeszła się w swoją stronę, by jak co dzień wszcząć poszukiwania informatorów. Odnoszę wrażenie, że liczba mieszkańców z dnia na dzień się kurczy. Jestem pewna, że pod koniec tygodnia stworzymy w Dubiczach jedną wielką sieć kontaktów. Jest tego plus, gdyż wiemy, że dobrze wykonujemy swoją pracę. Chociaż co raz bardziej udziela się każdemu presja „a co jeśli nie uda mi się znaleźć dziesięciu…?”.
Ponadto od jednej z informatorek dowiedziałam się jednej ciekawej rzeczy. A zaczęło się całkiem niewinnie. Zapytała mnie, ile mam lat, a na odpowiedź, że '20', rzekła pewnym głosem „że pewnie jestem już zamężna”. Gdy zaprzeczyłam, miła Pani, by mnie trochę zmobilizować, zapewniła, że gdy przyjadę tu za rok z narzeczonym, i będzie „coś na rzeczy” to chętnie odda mi starą, drewnianą kołyskę :) Tak mnie zachęciła, że od dziś, już oficjalnie, szukam męża!

[Kasia] Do Czech to ja mam za darmo.
W cerkwi było mi dzisiaj dość nieswojo, bo nie dość, że nic kompletnie nie rozumiałam, to jeszcze cały czas czułam się obserwowana. Ale to nic – najważniejsze, że zdobyłam nowe, ciekawe doświadczenia (te rosyjskie śpiewy, to zapalanie świec, to całowanie ikon i wielokrotne klękanie) i zobaczyłam dubicką cerkiew od środka (a jest ona naprawdę urocza). Pobyt u baptystów natomiast przypomniał mi moje zeszło-semestralne badania w zborze świadków Jehowy (z kilkoma może różnicami). Trochę się wzruszyłam. Po rozdzieleniu się z Basią wróciłam z Martą i Marysią do naszej kwatery nad zalewem, gdzie przygotowałam sobie jajecznicę (jakie żółte te żółtka!) na otrzymanej wczoraj słoninie. Zjadłam ją potem na świeżym powietrzu, przed naszą Bachmatówką, bo dzień był to piękny, ciepły i słoneczny. Ale dość tego, przejdźmy do konkretów. Dałam dziś upust swojemu krajoznawczemu zamiłowaniu i wyruszyłam na mini wyprawę do Czech Orlańskich (wsi w gminie Dubicze Cerkiewne) do informatorki poznanej wcześniej na zborze. Brodząc przez zaspy śnieżne i błota, po śladach saren i dzików, minęłam przydrożny krzyż i dotarłam do wsi. Po przeprowadzeniu wywiadu wybrałam się na spacer, porobiłam zdjęcia, "wyłapałam" nowych informatorów i z uśmiechem na twarzy wróciłam nad zalew :).


P.S. A dubickie niebo nocą wygląda przepięknie!

[Ada] Dzień święty święcić
Chyba zaczynamy się po trochu specjalizować – na przykład Mateusz przesiaduje w barach, a ja latam z jednego kościoła do drugiego. Dziś pobijałam kolejny rekord: trzecie i czwarte nabożeństwo w przeciągu trzech dni! W sumie trzy wyznania! Bo rano, jak obiecałam, udałam się na – nabożeństwo? Mszę? - u baptystów (zresztą zjawiła się tam liczniejsza grupa spośród nas, i, chyba z tego powodu, spora część odbywała się po polsku, co odebrało aurę tajemniczości), gdzie czułam się coraz bardziej jak u siebie, pośród znajomych twarzy. Potem spacer po wsi, "łapanie" kolejnych rozmówców, wywiad... I szybka obiadokolacja, bo trzeba spieszyć się... na następne nabożeństwo! Tym razem u zielonoświątkowców. Weszłyśmy tam w kilka, spóźnione, zaproponowano nam wolne krzesła. I zaczęło się najdziwniejsze chyba doświadczenie pobytu tu do tej pory. Ekspresja religijna zupełnie dla mnie nowa i obca – świadectwa (uzdrowienia, wiary) i przede wszystkim ekstatyczna modlitwa. Potem wzięłyśmy jeszcze udział w spotkaniu wierzącej młodzieży i przynajmniej dla mnie, było to wartościowe doświadczenie – rozmowa z młodymi ludźmi tak głęboko doświadczającymi swojej wiary!

PS: Basia, jakby co, to jeden miły młody zielonoświątkowiec szuka żony, podać Ci kontakt do zboru? ;)

[Marlena]
Cóż, w cerkwi trochę się nastałam przez jakieś 2,5 godziny, ale w sumie było warto, bowiem pierwszy raz byłam na prawosławnym nabożeństwie. Trochę dziwnie się czułam, mam nadzieję, że nie popełniłam jakiejś gafy... Ciekawe, co przyniosą kolejne dni;)

[Marta] Jako, że taka okazja nie zdarza się na co dzień, postanowiłam dzisiaj wybrać się na nabożeństwo do cerkwi. Kiedyś dawno temu miałam możność zobaczyć jedną od środka, dowiedzieć się, że ta drewniana ściana zagradzająca wejście do strefy sacrum to ikonostas, ale nic poza tym - jakby sposób, w jaki użytkowane są różne strefy w świątyni był dla mnie zagadką. Tym chętniej przypatrywałam się wyuczonym ruchom przychodzących tam ludzi, praktykom przynależnym do każdej ze stref. Potem szybko przeniosłyśmy się do innej świątyni, na zupełnie inne nabożeństwo - do baptystów. Rzadko widuje się tak żarliwą i ufną modlitwę - czułam, że widzę prawdziwie i gorąco wierzących ludzi, którzy przychodzą tam po wsparcie i radę. I cieszą się ze wspólnego spędzania czasu. Tego można im pozazdrościć. Nie miałam umówionych żadnych wywiadów tego dnia, więc spędziłam popołudnie na transkrypcji, wykrywaniu błędów i planowaniu kolejnych rozmów w oparciu o to, co już się dowiedziałam.

sobota, 6 kwietnia 2013

04. Poznajemy dubickie realia [wszyscy]

Nasz drugi dzień w Dubiczach Cerkiewnych przebiegł na przeprowadzaniu pierwszych wywiadów i pozyskiwaniu nowych informatorów. Każdy z nas wiele dzisiaj przeżył i ma niemało do opowiedzenia dlatego oto przed wami świeżutkie (jeszcze ciepłe) informacje z terenu :)

[Basia] Dzisiaj ponownie odwiedziłam jeden z najbardziej gościnnych domów Dubicz Cerkiewnych. Tym razem powitano mnie pyszną domową bułką z mrożonymi jagodami. Z niebieskimi ustami przeprowadziłam wywiad, podczas którego dowiedziałam się, co króluje na baptyskim stole w Święta Bożego Narodzenia, a mianowicie barszcz z suszonych grzybów, który ma kolor czarny. Ponadto w święto te w domu musi znaleźć się coś związanego z wodą, łąką i lasem – przypomina to świętującym, że wszystko jest stworzone przez Boga. Dowiedziałam się również, że słynny dubicki zalew, nad który podczas Nocy Kupały „ściągają tłumy większe niż na warszawskich ulicach”, powstał ze zlecenia pewnego wójta, który aby ów zalew wybudować, musiał zagarnąć fragmenty pól dubickich mieszkańców. Ci we wściekłości wójta przegonili a dom jego podpalili. Nie wiem ile w tym jest prawdy, ale zalew powstał i miewa się świetnie.

[Kasia] Dzień to był zwykły i ponury jak na zimę tej wiosny przystało. Zasmucone lico etnologa w terenie doskonale jednak rozpromieniają uzyskane od informatorów prezenty. Dostałam dzisiaj bowiem Biblię, 10 świeżych jajek i kostkę smalcu, co bardzo umiliło mój dzień. Coś dla ducha i dla ciała jak to mówią :) Dowiedziałam się również co nieco o okolicznych szeptuchach, o bocianach co to mają czas do jutra żeby znieść jaja, bo inaczej czeka nas posucha i nieurodzaj (w wszeteczeństwo wszelakie przyp.red. :)) i miejscowym trunku o wdzięcznej nazwie Duch Puszczy. A jutro do cerkwi!

[Ada] Zaliczyłam dziś istną huśtawkę emocjonalną. Niby przeprowadziłam miły wywiad z gospodynią nabożeństwa, do niego obiad, wspólne oglądanie rodzinnych albumów, zdjęcia... Ale to tylko jakieś trzy, cztery godziny (razem ze zmywaniem naczyń – w końcu jakoś chciałyśmy się odwzajemnić). A reszta? Mieszanka nadziei, kiedy ktoś podawał mi kolejny adres, i zrezygnowania. Bo jak reagować, kiedy obchodzi się wieś wokoło kolejny raz, stuka znów do drzwi i nikt nie otwiera? Można zacząć uprawiać klamkologię stosowaną. Można też przypomnieć sobie, że kiedy trwoga to do Boga i wstąpić do cerkwi na przedświąteczne nabożeństwo, o którym usłyszało się chwilę wcześniej. Może zrozumiałam niewiele, może stojąca obok pani musiała pokazywać mi, co mam robić, ale zdobyłam nowe doświadczenie, takie, które, mam nadzieję, pomoże lepiej zrozumieć tutejszych. A w ramach łaski dostałam spotkania - „kumpel” Marty przed, informatorka Marleny – po (zaczynamy być widoczni!) i złapana na litość pani, która umówiła się na wywiad z wymarzniętą studentką.

[Marta] Kto rano wstaje albo azymut - sklep
Mizerność mojego wczorajszego zasobu kontaktów sprawiła, że szłam dziś w teren mocno zdeterminowana. Postanowiłam, że co by się nie działo, nie zejdę dopóty, dopóki nie przeprowadzę przynajmniej jednego wywiadu. Rozpoczęłam od sklepu, w którym wczoraj zamówiłam pieczywo. Zastałam tam żonę pana, który mnie obsługiwał, szalenie miłą i ciepłą. Zaczęłyśmy luźno rozmawiać, po drodze umówiłam się na wywiad z jednym panem, który zaopatrzył się w trunek i wyszedł, a my od słowa do słowa przeszłyśmy do regularnego wywiadu. W połowie wpadł pan, który pamiętał mnie, jak robiłam zdjęcia jego kaczkom. Z kolejnymi rozmowa wywiązała się zupełnie naturalnie. Tym sposobem przeprowadziłam ośmioosobowy quasi-focus (sic!). Z jednym z panów odwiedziłam potem inny sklep, gdzie pan ekspedient opowiedział mi o dawnym układzie wsi, trochę o ludziach i historii oraz poczęstował kiełbasą. Na sam koniec zrządzeniem losu natrafiłam na moją ostatnią rozmówczynię, która zaprosiła mnie do domu i udzieliła wywiadu. Oby tak dalej!

[Marlena] Dzisiejszy dzień zapowiadał się dość stresująco, gdyż stała przede mną wizja pierwszych indywidualnych doświadczeń w terenie. Na szczęście udało mi się przeprowadzić wywiad z miłym starszym małżeństwem, w trakcie którego usłyszałam ciekawe historie z ich życia rodzinnego. Zaskakująco, gdy informatorzy rozmawiali ze sobą w gwarze będącej głównie mieszanką białoruskiego i ukraińskiego, byłam w stanie zrozumieć co nieco:) Wywiad uwieńczył posiłek składający się z makreli, pączka i pierników (tak, dość dziwne połączenie), którym uraczyła mnie gospodyni, a jako że jestem biedną, wiecznie głodną studentką – nie odmówiłam i skorzystałam z podlaskiej gościnności (jak to się mawia: jak dają trzeba brać:)). A jutro dalsze „polowania” na informatorów, czy z powodzeniem, to się okaże.

[Marysia] Ten dzień stanowczo nie był dla mnie owocny. Gdy wciąż od nowa przemierzałam dubickie ulice w poszukiwaniu osoby, która zgodziłaby się ze mną porozmawiać, gdzieś z tyłu głowy tłukł mi się krzyk: „Co z wami ludzie, czemu tak niechętnie otwieracie drzwi swoich mieszkań?!”. Pukając do kolejnego domu, który miał pozostać dla mnie zamkniętym, zaczynałam tracić nadzieję. Na szczęście jeden z zaczepionych przeze mnie na ulicy mężczyzn zgodził się spotkać ze mną jutro i porozmawiać, a z jego sąsiadem (chociaż wywiadu udzielić mi nie chciał, tłumacząc się wiekiem i przebytym udarem) odbyłam wyczerpującą pogawędkę. Przychylna dla mnie okazała się też być pani kucharka pracująca w słynnym „Zajeździe u Jana”, która choć nie pochodzi z samych Dubicz, lecz z pobliskiej miejscowości, zgodziła się udzielić mi wywiadu w wolnej chwili. Dzień minął, a ja staram się myśleć optymistycznie o następnych. Oby było już tylko lepiej! 

piątek, 5 kwietnia 2013

03. Pamięć miejsca, pamięć ludzi [Marysia, Marta, Mateusz]

Zadanie, z którym przyszło nam się zmierzyć pierwszego dnia, nie rzucało nas od razu na głęboką wodę. Podzieleni na trzy grupy, mieliśmy się zapoznać się bliżej z topografią i mieszkańcami Dubicz, co naszym zdaniem pozwoliło nam się fajnie oswoić z przestrzenią i nabrać trochę pewności w poszukiwaniu osób zainteresowanych rozmową z nami. 

Nasza grupa, pod kuratelą Mikołaja, miała za zadanie odszukać miejsca pamięci, sfotografować je i, w miarę możliwości, porozmawiać o nich z napotkanymi mieszkańcami. Przed podjęciem właściwego zadania, razem z resztą grupy odwiedziliśmy Izbę Regionalną, okolice cerkwi i cmentarz, zlokalizowany na obrzeżach miejscowości. Po rozstaniu z resztą rozpoczęliśmy niespieszny spacer po miejscowości. Wróciliśmy do miejsca, w którym stoi dość kontrowersyjny pomnik, upamiętniający żołnierzy radzieckich poległych w czasie II Wojny Światowej na terenie gminy Dubicze. Przedzierając się przez śnieg zrobiliśmy mu zdjęcie i powędrowaliśmy dalej aby napotkać na swojej drodze kilku ciekawych ludzi. Pierwszy z nich, starszy siwy pan w nieodłącznych gumofilcach, w krótkiej rozmowie opowiedział nam o najstarszych domach, wspominając też z rozrzewnieniem czasy, gdy granica nie była oddalona o dziesięć kilometrów lecz sięgała aż do Japonii... Kolejny napotkany pan zdawkowo przybliżył nam historię najstarszej chaty i obecnego jej właściciela, "profesora z Warszawy". 

Obchodząc wieś dookoła, znaleźliśmy jeszcze trzy krzyże, wszystkie z napisami w języku (chyba?) białoruskim, z tego o udało nam się zrozumieć, będącymi fragmentami modlitwy. Zaszliśmy też do sklepu, gdzie udało nam się pogadać ze sklepikarzem i jednym z mieszkańców oraz jego matką (od której kupiłyśmy kilogram wiejskich jaj). Jutro chcemy odwiedzić ich znowu i umówić się na wywiad.

W przerwie między wizytami wstąpiliśmy do słynnego Zajazdu u Jana, gdzie zjedliśmy regionalne danie o nazwie świeżynka, czyli rodzaj gulaszu wieprzowego z cebulą i innymi warzywami. To pierwsze spotkanie z regionalną kuchnią wypadło nadzwyczaj smacznie.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do szkoły, gdzie udało nam się zamienić słowo z panią sprzątaczką, która zaprosiła nas na niedzielne nabożeństwo do cerkwi i nauczycielem geografii, z którym umówiliśmy się na spotkanie we wtorek. Jako ostatniego odwiedziliśmy batiuszkę, który ponowił zaproszenie do cerkwi. 

Jak na pierwszy dzień spędzony w terenie był on całkiem owocny. Liczymy na rozwinięcie akcji w czasie weekendu i po niedzieli.



środa, 3 kwietnia 2013

01. Już za minutkę, już za momencik... [Marta]

Moja nadgorliwość i niejakie zamiłowanie do Bloggera nie pozwala mi czekać statecznie do wieczora, kiedy zdaje się, najprzyzwoiciej byłoby zacząć. No, ale może w ten sposób uda się uniknąć tych wszystkich ceregieli z kurtuazyjnym ustępowaniem sobie w kolejce ("Nie, nie, ty napisz pierwsza" "Nie, wykluczone, TY napisz." "Ja wiem, niech MATEUSZ napisze pierwszy," "A czemu ja?" i tak dalej).
Bach! Już jest pierwszy post, koniec zabawy, do pracy rodacy.

Skoro już się tak wpycham przed szereg, to wypadałoby się przestawić - mam na imię Marta i jestem członkiem grupy, która już jutro wybiera się do Dubicz (Dubiczy? Mamy z tą odmianą wielki problem) Cerkiewnych z zamiarem przebadania tamtejszej społeczności pod różnymi kątami, głównie tym związanym z lokalnością. I regionalizmem. Że co to znaczy, że oni są stamtąd i jak to się stało, że są tutejsi. I dlaczego. I jak to jest tak naprawdę z tą wielokulturowością Podlasia.

Powiem szczerze, że im bliżej wyjazdu, tym więcej mam wątpliwości dotyczących głównie moich własnych umiejętności, których, zaiste, nie miałam za bardzo kiedy ćwiczyć. Cały zeszły semestr, który był jakby przygotowaniem do tego wyjazdu, (ćwiczenia z wywiadu i obserwacji etnograficznej itp.), przesiedziałam radośnie w Norwegii na Erazmusie, zakopana w runach i historii Wikingów. Owszem, wielokulturowości to ja doświadczyłam aż w nadmiarze, ale zmierzyć się z nią z etnometodologicznego punktu widzenia nie miałam okazji. Tym niemniej, odwykłam zamartwiać się na zapas - co ma być to będzie, a jak nie będzie... to jakoś trzeba się będzie z tym zmierzyć, ot cała filozofia.

Wyjeżdżamy jutro porannym pociągiem do Warszawy, tam przesiadamy się na pociąg do... Hajnówki? Czeremchy? (Dobrze by było sprawdzić. Potem wyląduję gdzieś za Sandomierzem), a potem na PKS do Dubiczy. A potem mamy jeszcze trochę do przejścia na piechotę. Więc pewnie jakoś wieczorem będziemy na miejscu. Mam tylko cichą nadzieję, że śniegu nie będzie po kolana. Po kostki. Po kostki zdzierżę. (Gwoli ścisłości, nawet jeżeli śniegu będzie po pas, to i tak będziemy zmuszeni się przez niego przedzierać. Ach, cóż to będą za pamiętne badania. Zwłaszcza dla nerek).

Idę się pakować.
Do jutra!
(już z Dubiczy!)

... 
Czy oprócz śpiwora powinnam wziąć koc? 
Poduszkę?
Niedźwiedzie futro?!